niedziela, 16 września 2012

To juz 15 rozdział ! ^^

Tak tak, to już 15 rozdział przygód zwariowanej Rosalie i jej chłopaka Domina wraz z przyjaciółmi. Mam nadzieję, że podoba się wam to opowiadanie.
Chcę Wam wynagrodzić to, że teraz może nie będę dodawać rozdziałów w tygodniu, bo mam dużo nauki, więc dzisiaj dodam jeden baaardzo długi rozdział, który Was pocieszy ! :D
Znów pozdrówka dla :
- Sheza < 3
- Kane < 3
- Patki < 3
To dzięki Wam nadal pisze , dziękuję ;*** :)
Miłego czytania !


Jestem zwariowana czekaniem na Ciebie...

 

 

- Devil... - zaczęła niepewnie Rosalie wpatrując się w chłopaka w brązowej bluzce z nazwą jakiegoś zespołu
- Mów mi Domin - uśmiechnął się ciepło do towarzyszki
- Napewno ? - dotknęła jego ramienia. Jak zwykle przeszył go przyjemny chłód jej dłoni
- Tak. Zdecydowanie tak ... Bo to moje prawdziwe imię - złapał ja za rękę i cieszył jej chłodnym dotykiem - Rosalie, ja przepraszam za tamtą akcję. Po prostu chciałem wiedzieć, czy za moimi plecami no... Nie śmiejesz się ze mnie, czy coś... Bałem się, że tak naprawdę mnie nie kochasz i że bawisz się mną... Przepraszam. Wiem, że nie zasługuję na wybaczenie. Jeśli tylko chcesz to odejdź, zrozumiem...
- Tylko że ... Jest powód dla którego nie potrafię zrezygnować z ciebie...
- Jaki ? - zapytal zaskoczony
- Zakochałam się w tobie... I to już tak raz na zawsze - mówiła swoim aksamitnym głosem, a złotymi oczami patrzyła w jego niebieskie
- Jesteś moją pierwszą myślą rano i ostatnią kiedy zasypiam... Też cię kocham Rosalie... Chciałbym z toba być już na zawsze...
- A nie przeszkadza ci to, kim jestem ? Jestem potworem... Nienawidze siebie.
- Nie mów tak ! Nie jesteś potworem. Podobasz mi się taka, jaka jesteś rozpłakał się
- Czemu płaczesz ? - zapytała z troską w głosie
- Bo... Jak pomyśle, że to co razem przeżyliśmy może się skończyć to... Po prostu nie daje rady...
- Ale to nie musi się kończyć - powiedziała i pocałowała go w policzek po czym, zanim to zauważył stała w kącie patrząc na niego.
- Jesteś teraz moim życiem. Nie zniósłbym tego, gdybyś odeszła - mówił powoli zbliżając się w stronę dziewczyny
- Czy mogę wierzyć w magię twojego spojrzenia ? - zapytała niepewnie
- To moje spojrzenie jest aż tak magiczne ?
- Nawet nie wiesz jak bardzo - zachichotała
- Obiecuję, nie zawiodę cię już, tylko proszę. Daj mi ostatnią szansę - powiedział klękając przed nią
- Domin... Proszę, wstań...
- Nie. Dopóki nie powiesz tak lub nie to nie wstanę.
- No ale ja nie wiem czy mogę ci zaufać ...
- Czego się boisz ? Że zgwałcę cię pod różową parasolką !? - zapytał niby to ze śmiechem w głosie, niby ze sarkazmem
- Ym ... - powiedziała zakłopotana dziewczyna
- Lepiej nie odpowiadaj - oboje się zaśmiali.
(*) W tym samym momencie gdzieś daleko w zaświatach (*)
Na ogromnym, czarno-czerwonym krześle siedział mężczyzna, o kruczo-czarnych włosach, na pierwszy rzuy oka twarzy i uśmiechem na ustach. Ubrany był w czerwony garnitur, a kolor skóry jak sok z wiśni. Jego śmiech odbijał się od wszystkich ścian w pustej sali
- Z czego tak się śmiejesz panie ? - zapytał człowiek o potężnych umięśnionych barach, który siedział obok
- Haroldzie... Powiadom służbę, że dzisiaj mnie nie będzie . Postanowiłem złożyć komuś wizytę, lecz przed tym muszę odwiedzić kogoś - wtał, poprawił pelerynę na plecach i wyszedł dumnym krokiem z sali. Udał się na samą górę swojej rezydencji i skręcił holem w prawo. Otworzył drugie drzwi od schodów i wszedł do środka. Pokój był ogromny, urządzony na czarno-różowo z lekkimi dodatkami innych kolorów. Na olbrzymim łóżku, leżała blada dziewczyna. Można by było powiedzieć że trup.
- Konjudello, mogła byś zostawić nas samych ? - zapytał pielęgniarki siedzącej obok już wspmnianego łóżka. Kobieta kiwnęła głową i na rozkazopuściła pomieszczenie
- Tato... Przepraszam... Starałam się... - wychrypiała dziewczyna patrząc na ojca
- Już dobrze Assayko... Nic się nie stało - pogłaskał corkę, na co ta uśmiechnęła się słabo - jak się czujesz skarbie ?
- Już lepiej, dziękuję.
- To dobrze - uśmiechnął się - przyjdę tutaj wieczorkiem i zagramy w jakąś grę, jak będziesz na siłach, dobrze ?
- Zgoda - zachichotała lekko. Assay mimo że miała już trochę lat, poczuła się znowu jak mała dziewczynka, jak to za dawnych czasów grała z ojcem w gry planszowe i nic ją nie obchodziło. Zaren popatrzył na nią ciepło i zniknął.
(*) Znów u Domina w domu :D (*)
Rosalie i Domin patrzyli na siebie, lecz nagle usłyszeli za sobą wielki huk. Odwrócili się i ujrzeli Zarena o gniewnej minie
- Rosalie ! Zapłacisz za to, co zrobiłaś Assay !
- Ojcze ! - wtrącił się Devil - Nie pozwlę ci jej zkrzywdzić !
- Ty nie masz nic do gadania
- Tak !? Ja nie mam nic ?! To czemu ukrywałeś przede mną że assay to moja córka !? - krzyknął zezłoszczony
- Z kąd to wiesz - warknął
- Nie twój zakichany interes - rzucił się na ojca, lecz ten odrzucił go jedną ręką
- Nie pozwole mu zrobić krzywdy ! - zanim Zaren się zorientował, Rosalie była juz przy nim - Ale najpierw porozmaiwajmy o tym wypadku
- O jakim wypadku ? - zapytał zaskoczony Zaren
- No porzecież napewno nie od urodzenia masz taki pysk - Jeden kopniak, a Król Ciemności zwijał sie z bólu. Lecz to była tylko chwila, ułamek sekundy i już znów stal na równych nogach.
- Widzę, że mała dziewczynka chce się bić . Skoro tak śpieszno ci do utraty życia, to spotkajmy się dzisiaj o 19 na polance. Zobaczymy czy przyjdziesz , haha - zaśmiał się i zninął w kłębie szarego połyskującego dymu.
Rosalie usiadła pod ścianą i schowała głowę w kolanach. Domin usiadł koło niej i po chwili spytał
- Mogę cię przytulić ?
- A czy gdy chcesz zjeść obiad pytasz się widelca czy możesz na niego nabić kawałek ziemniaka ? - powiedziała i poczuła jak chłopak tuli się do niej. Oparła głowę na jego ramieniu - Czemu życie jest takie trudne ?
- Życie nie zawsze jest łatwe moja droga. Tak to już bywa. Jedni są uczciwi, a drudzy zamiatają problemu pod dywan. Ale obiecuję, że zrobię dla ciebie wszystko, żebys była szczęśliwa
- Nie trzeba wszystkiego.
- Tylko co ?
- Wystarczy żebyś mnie kochał.
- Zawsze będę - pocałował ją. Spedzili tak długie chwile. To rozmawiając, to milcząc, ale napewno będąc szczęśliwi, że są razem...
- Rosalie, obudź się, już 19 - usłyszała głos Domina, który lekko potrząsał nią
- Już !? - krzyknęła patrząc na zegarek
- Tak, złqap mnie za rękę, chodź. Szybko - dziewczyna wzięła go za dłoń i pojawili się nagle na polanie. Nikogo nie było
- Czyli się nie spóźniliśmy - powiedział zadowolony Domin
- Nie był bym tego taki pewny - usłyszali za sobą czyjś głos. Niechętnie się odwrócili i zobaczyli Zarena - Rosalie, mam dla ciebie misję. Widzisz tę łąkę kwiatów tam, prawda ? Idź w tamtą stronę. Czeka cię niespodzianka - zaśmiał się swoim gardłowym głosem
- Ale ... Co z Devilem ? Może pójść ze mną ? - zapytała spoglądając na chłopaka który stał obok
- Nie ! Masz iść sama ! - dziewczyna pożegnała się z Dominem. Pocałowała go i oddaliła się w kierunku łąki. Chłopak obserwowałm jak Rosalie idzie przez łąkę pełną kwiatów w stronę drzewa i jeziora, gdzie z pewnością coś się na nią czai.
Głucha cisza zaskoczyła ją. Oprócz szelestu króków wśród stokrotek do jej uszu nie dochodził żaden dźwięk. Powoli, rozglądając się dokoła, aby sprawdzić, czy nic nie skrada się z tyłu, dziewczyna dotarła do bramy z półksiężycem co ją zdziwiło. Była zamknięta, lecz gdy dotknęła jej swoją gładką dłonią, otworzyła się a dziewczyna nagle była ubrana znów w krwisto-złotą szatę a w dłoni trzymała czysty sztylet. Lecz Rosalie nie ośmieliła się wejść do środka, obawiając się, że coś zamknie ją tam, jeżeli ukrywa się gdzieś w dużej komnacie. Pomyślała, że stwor najpewniej ukrył się za drzewem. Wyobraziła sobie, że owinął się wokół gałęzi jak wąż. Ukryty wśród liści, srebnymi oczami śledził każdy jej ruch...
W dziwnej poświacie dąb był tylko cienistą plamą. Dziewczyna nie spuszczała z pnia szeroko otwartych oczu, jakby spodziewała się w ten sposób złapac więcej światła. Nadal jednak nic się nie poruszało
> Kurfa, dziewczyno. Jesteś przecież wampirzycą, dasz radę, nic się nie stanie złego < - pomyślała i szła w stronę drzewa. Stawiała coraz to krótsze kroki, tak mocno skupiła uwagę na drzewie, że nie zauważyła nawet, kiedy weszła do jeziora. Jasne kręgi odbijające się w sztucznym świetle księżyca rozbiegły się po powierzchni wody, która po chwili stała się gładka i ciemna.
Cofnęła się, strzepała krople ze stóp i zaczęła obchodzić jezioro. Dostrzegła szczegóły drzewa, skupienia liści i pojedyncze gałęzie. Były tam tez grupy cieni, których nie potrafiła zidentyfikować. Za każdym razem, kiedy przenosiła wzrok z miejsca na miejsce, wydawało jej się, że widzi w ciemnościach jakiś ruch.
Postanowiła, że oświetli sobie drogę, mimo że oznaczało to zdradzenie własnego położenia. Sięgnęła do tylniej kieszeni jeansów do Kodeksu, potrzebne znaki zaczęły napływać jej do głowy i natychmiast przepadły, gdy z wody tuż obok niej gwałtownie wynurzył się stwór ( według tabliczki na bramie był to Stilken-największy wróg ludzi i wampirów... Jedno ukąszenie i można było zginąć) i zaatakował ją potężnymi haczykowatymi kleszczami. W jakiś niewytłumaczalny sposób sztylet odbił je strumieniem białych iskier i pary. Towarzyszyło temu potężne uderzenie, które niemal wyrwało rękę dziewczyny ze stawu. Cofnęła się z krzykiem, w którym pobrzmiewał tyleż wojenny zapał, co panika i instynktownie przybrała pozycje obronną. Znów posypały się iskry i zasyczała woda, bo Stilken ponowił atak. Rosalie ledwo nadążała odbijać ciosy pazurów, używając sztyletów.
Nieświadomie zaczęła cofać się w stronę drzewa. Zapomniała zaklęć obezwładniających których uczył ją Domin. Nie mogła też nazwiązać kontaktu z Kodeksem. Teraz chodziło tylko o przeżycie, o odpieranie ostrzem sztyletów morderczych ataków szczypców.
Tym razem potwór zamachnął się niżej, w jej nogi, Rosalie odbiła cios i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej mięsnie przejęły inicjatywę. Uderzenie skierowała prosto w pierś Stilkena. Sztylety trafiło bestię w brzuch, wysyłając następną porcję iskier, króte wypaliły dziurki w kamizelce dziewczyny.
Ale potwór wcale nie wydawał się ranny, raczej rozwścieczony. Za każdym zamachem potężnych kleszczy odpychał Rosalie o krok do tyłu. Rozpaczliwie zasłaniając się sztyletami, czuła, że każde zablokowane uderzenieprzenika ją aż do szpiku kości.
Cofnęła się jeszcze o krok. Stopa nie natrafiła na właściwy opór i zagłębiła się w ziemię znacznie bardziej niz powinna. Dziura. Straciła równowagę i poleciała na plecy, a ostre pazury potwora ze śistem przecięły powietrze w pobliżu jej gardła. Upadając, miała wrażenie, że czas się zatrzymał. Widziała, jak cios sztyletów idzie w bok, gdy desperacko machając rękami starała się odzyskać równowagę. Stilken zamachnął się zbrojną w pazury łapą. Tym razem prawie na pewno jej dosięgnie.
Rosalie twardo upadła na ziemię, lecz nie czuła bólu. Przewracała się na bok, zauważając że potknęła się o jeden z korzeni, który wymierzył jej cios.
Ziemia, kwiaty, daleki sufit ze światełkami Kodeksu podobnymi do sztucznych gwiazd, znów ziemia, kwiaty, sztuczne niebo. Z każdym obrotem Rosalie spodziewała się ujrzeć srebne wejrzenie Stilkena i poczuć przeszywający ból uderzenia. Lecz nic takiego się nie stało. Śmiertelny cios nie nadszedł. Za szóstym obrotem wstała i rzuciła się do przodu. Od gwałtownego skoku, rozbolały ją mięśnie brzucha.
W dłoni nadal trzymala sztyletu, gdy tymczasem Stilken próbował uwolnić lewy hak zaplątany w korzeniach drzewa. Natychmiast pojęła, że podczas jej upadku potwór nie trafił w nią, tylko w korzeń. Spojrzał na nią błyszczącymi oczami i wydał gardłowy odgłos towarzyszący połykaniu. Jego ciało zaczynało zmieniać kształt, przemieszczając masę ciała ze schwytanej w pułapkę lewej łapy. Stwór zrobił się bardziej przysadzisty, a pod skórą przypominającą ludzką, niczym gąsienicepod liśćmi, prężyły się sploty mięśni, próbujących uwolnić łapę. Potwór napiął się, chcąc wyrwac się z objęć drzewa i znów zaatakować Rosalie.
Wiedziała, że tych kilka sekund stanowi jej szansę. Na ostrzu sztyletów rozbłysły znaki Kodeksu. Sięgnęła do nich, łącząc je z innymi zaczerpniętymi z Kodeksu. Potrzebowała czterech znaków głównych, lecz aby móc z nich skorzystać, musiała najpierw osłonić się mniejszymi.
Broń pomogła jej i wkrótce znaki utworzyły w jej głowie łańcuch, ale zbyt wolno, gdy tymczasem Stilken, wytężając wszystkie siły, stopniowo wyciągnął pazury z korzeni drzewa. Ostatkiem świadomości Rosalie dostrzegła, że sam dąb chce unieruchomić potwora. Słyszała, jak drzewo skrzypi i stęka, za wszelką cenę starając się zasklepic ranę zadaną przez Stilkena i zarazem uwięzić jego pazury. Ostatni znak przypomniała sobie z łatwością. Pozwoliła zaklęciu działać, czując, jak jego moc płynie w jej żyłach i kościach, chroniąc przed działaniem czterech głównych znaków, które musiała wezwać.
Pierwszy z nich zakwitł w jej głowie, gdy Stilken uwolnił wreszcie łapę przy wtórze jęku drzewa i bryzgów białozielonej żywicy. Mimo ochrony, Rosalie nie pozwoliła by główny znak zbyt długo pozostawał w jej umysle. Rzuciła go za pośrednictwem ostrza sztyletów, po których rozlał się jak olej, a potem nagle rozjarzył je złotym płomieniem.
Stilken, szykujący się do skoku, próbował uchylić się, ale było juz za późno. Rosalie zrobiła krok do przodu i sztyletami zadała wspaniały cios z wykroku, przebijając szyję potwora. Rozszalał się złoty ogień, białe iskry wyglądały jak ślad komety i potwór zastygł raptem dwa kroki od dziewczyny, niemal obejmując ją łapami.
Wezwała kolejny znak główny, który natychmiast poszybował wzdłóż ostrzy. Lecz gdy tylko dotknął szyi Stilkena zniknął. Chwilę póxniej skóra potwora zaczęła pękać i łuszczyć się. Następnie opadła na ziemię przy wtórze eksplozji od środka. Nie minęła minuta, gdy Stilken stracił swoją na poły człowiecza postać. Teraz był tylko słupem bezkształtnego światła unieruchomionego sztyletem.
Trzeci znak ześliznął się ze sztyletów i trafił w świetlisty słup. Resztki Stilkena zaczęły się natychmiast , aż wreszcie stał się plamą światła o srednicy cala. Szpic sztyletów opierał się teraz o nią.
Rosalie wyjęła z kieszeni metalową butelkę, położyła ją na ziemi i ostrzem broni wtoczyła lśniącą resztkę potwora do środka. Dopiero wtedy odłożyła sztylety na bok i z całej siły wepchnęła do butelki korek. Chwilę później zapieczętowała ją czwratym znakiem głównym, który owinął się wokół korka błyskiem światła. Przez chwile butelka podskakiwała i kręciła się na jej dłoni, potem znieruchomiała. Rosalie wsunęła ją do kieszeni i ciężko dysząc, usiadła obok sztyletów. To był koniec. Obezwładniła Stilkena. Sama, bez niczyjej pomocy. Skrzywiła twarz w grymasie bólu. W mgnieniu oka dostrzegła błysk światła dochodzący z okolic drzewa. Zebrała się w sobie, chwyciła w dłoń broń, zapomniawszy o zmęczeniu. Podniósłszy sztylety, podeszła bliżej, żeby zbadać sprawę. Skąd by się wziął kolejny Stilken ?. A może w ostatniej chwili udało mu się uciec ?. Sprawdziła starannie zamkniętą butelkę. A może mrugnęła podczas rzucania czwartego znaku ?.
Światełko znów rozbłysło, lekkie i złociste. Zbliżyła się i westchnęła z ulgą. Musiała to być magia Kodeksu , więc jest bezpieczna. Poświata biła z dziury, w którą wcześniej wpadła i przewróciła się. Ostrożnie rozgrzebała ją sztyletami, odsuwając ziemię na bok. Zauważyła, że poświatę rzuca książka, oprawiona w coś, co wyglądało jak włochata skóra. Pomagając sobie bronia wydobyła ją. Widziała, jak drzewo chwyciło Stilkena, więc nie chciała żeby cos podobnego przytrafiło się jej. Wzięła książkę do dłoni i schowała w kieszonce spodni. Wstała i wyszła. Pobiegła swoim wampirzym tempem i za parę sekund trzymała w objęciach Domina.
- To dla ciebie, Zaruś - powiedziała kopiąc go w krocze, a sama zniknęła z chłopakiem trzymając się za ręce .

1 komentarz:

  1. Babciu! To jest zajebiste! Sorki, że znowu spóźnienie z komentarzem, ale no nie wyrabiam ;d Wyborna notka

    OdpowiedzUsuń